WYWIADY NA 100-LECIE

Trudny i wymagający zawód

Z nadinspektorem pracy - głównym specjalistą Ryszardem Wardęgą, kierownikiem Oddziału w Sieradzu, Okręgowego Inspektoratu Pracy w Łodzi, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska.

Jak to jest przepracować w inspekcji pracy aż 34 lata?

Sam nie wiem. Jak patrzę wstecz, gdy przyszedłem do inspekcji, to widzę siebie jako bardzo młodego chłopaka, który nie miał praktycznie żadnego doświadczenia. Zaraz po studiach na Wydziale Budownictwa Lądowego i Architektury Politechniki Łódzkiej przez rok pracowałem jako inżynier robót drogowych. Kierowałem brygadą rozkładającą asfalt. To była ciężka praca, wykonywana głównie przez robotników z małych gospodarstw rolnych. Często po zakrapianych imieninach nie nadawali się do pracy. Kiedyś niemal w pojedynkę musiałem wyładować i ułożyć asfalt z jednego transportu, inaczej doszłoby do olbrzymich strat. Miałem dość tej pracy, więc zdecydowałem, że pójdę na rozmowę do inspekcji pracy. Wówczas w łódzkim okręgu znakomitą większość stanowili branżowi inspektorzy pracy, którzy mieli duże doświadczenie zawodowe. Początkowo traktowali mnie wręcz jak maskotkę, z racji mojego młodego wieku. Teraz, gdy powoli zaczynam oswajać się z myślą o emeryturze, to aż trudno mi uwierzyć, że aż tyle lat przepracowałem jako inspektor pracy.

Zgodzi się pan z tym, że to zawód, który w specyficzny sposób kształtuje charakter, wyostrza pewne cechy?

To oczywiste, że ktoś, kto kontroluje i wymaga, a także nakłada kary, musi mieć odpowiednie predyspozycje. Musi być stanowczy, zorganizowany, musi potrafić panować nad emocjami. Kiedyś w testach psychologicznych wyszło mi, że mam naturę flegmatyka. To moim zdaniem, paradoksalnie, bardzo pomaga w tej pracy. Trudno wyprowadzić mnie z równowagi, a moja siła spokoju, a także szacunek do adwersarza często pomaga w trudnych sytuacjach. Jest szczególnie ważna, gdy pracodawcy nie chcą przyjąć do wiadomości niekorzystnych dla nich argumentów. Zawsze staram się ich wysłuchać, nawet jak mam odmienne zdanie. To waż¬ne dla kontrolowanego, by inspektor pracy poznał jego punkt widzenia. Przyznam, że mimo upływu lat i mojego usposobienia wciąż karanie pracodawców nie jest dla mnie komfortowe. Zdecydowanie wpływa to na ów spokój, który w tym momencie jest powierzchowny.

Pracodawcy potrafią to wychwycić u inspektora pracy?

Potrafią to nawet wykorzystać, przywołując wszelkie kłopoty, również rodzinne. Wtedy trzeba wyważyć ich intencje. Pamiętam pracodawcę, który niemal się rozpłakał, gdy usłyszał o grzywnie. Przekonywał mnie, że nie chciał, przepraszał, wspomniał nawet o ciężkiej chorobie dziecka. Nie ukarałem go, chociaż powinienem. Szybko tego pożałowałem, gdy usłyszałem, jak źle potraktował wówczas pracowników. Nie wszyscy mają takie dylematy. Przypominam sobie przypadek z dawnych lat, gdy inspektorzy pracy wydawali orzeczenia, a w drugiej instancji wypowiadało się kolegium odwoławcze. Nie miało ono najmniejszych skrupułów wobec pracodawcy - budowlańca, któremu przyznało karę znacznie wyższą od tej, którą ja zaproponowałem. Inaczej bywa w sądach orzekających w sprawach naruszeń bhp, częściej bardziej liberalnie traktują pracodawców i ich wykroczenia. Pamiętam sprawę z odwołania pracodawcy od kary, gdzie przedstawiłem w sądzie twarde dowody na brak osłon przy maszynie, nieprzestrzeganie przepisów i zasad bezpieczeństwa pracy prowadzących do zagrożeń bezpośrednich. Dla sądu te nieprawidłowości stanowiły o znikomej szkodliwości społecznej czynów i zasługiwały na łagodne potraktowanie. Myślę, że takie podejście wymiaru sprawiedliwości wynika z niezrozumienia istoty przepisów bhp. Sądy traktują tego typu sprawy jako mniej istotne w porównaniu z przestęp¬stwami kryminalnymi lub gospodarczymi.

To chyba inaczej niż policja, z którą przed chwilą rozmawiał pan przez telefon?

Policjant z Komendy Wojewódzkiej w Łodzi telefonował w spra¬wie pracy na czarno, w tym obcokrajowców, w jednym z zakładów usługowych. Wykryli nadużycie podczas rutynowych działań, teraz chcą wejść do tej firmy razem z inspektorami pracy. Policja ma tu znacznie większe możliwości, jeśli chodzi o przeszukanie czy wylegitymowanie, my zaś mamy wiedzę, doświadczenie i umocowanie prawne do dalszego działania, także do zgłoszenia do ZUS-u do ubezpieczenia, do urzędu skarbowego. Współpraca w zakresie legalności zatrudnienia jest ważna i bardzo ją doceniamy. Wysoko oceniam też kontrole inspekcji, które mają zmasowany charakter i szeroki wydźwięk w środowisku pracodawców. Pamiętam akcje budowlane, podczas których w przeciągu tygodnia większość inspektorów pracy w okręgu kontrolowała budowy. Jechaliśmy w ciemno, obierając jedynie kierunek, i bez zapowiedzi wchodziliśmy na teren napotkanej budowy. To były czasy, gdzie uprzedzenie, przekazanie informacji o kontrolach nie było proste, jak obecnie, więc na większości budów zastawaliśmy faktyczną sytuację, niestety zwykle daleko odbiegającą od absolut¬nego minimum. Doprowadzenie tego do właściwego stanu było wtedy niezłym wyzwaniem dla inspektora pracy.

Tak pan widział tę pracę, zanim ją pan zaczął?

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co się robi w inspekcji. Trafiłem tu w 1981 roku, wraz z powstaniem Państwowej Inspekcji Pracy. Inspektor bhp w moim zakładzie budowlanym powiedział mi, że poszukują pracowników. Słyszał o tym od wojewódzkiego inspektora pracy Bolesława Anaszewicza, który do dziś pracuje w łódzkim okręgu, w moim Oddziale w Sieradzu. On wstępnie kwalifikował mnie do rozmowy z szefem okręgu, którym wówczas był Tadeusz Kępniak. Pamiętam, jak ja i dwóch prawników, czekaliśmy na wejście w sprawie pracy, ale żaden z nas nie wiedział tak naprawdę, o co w niej chodzi. Słyszeliśmy tylko, że jest ciekawa, pozwala na swobodne działanie, że sporo od inspektorów pracy zależy. Dla mnie ważne było również to, że nie była to praca za biurkiem, że pozwoli mi się rozwijać. Szybko się o tym przekonałem, bo niemal z biegu skierowano mnie na aplikację do Wrocławia, którą przerwało wprowadzenie stanu wojennego. Zawodu uczyliśmy się więc w okręgach, czego ukoronowaniem był egzamin państwowy w Warszawie.