WYWIADY NA 100-LECIE

Trudny i wymagający zawód

Z Krzysztofem Lisowskim, nadinspektorem pracy i wieloletnim zastępcą okręgowego inspektora pracy w Gdańsku, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska.

Co to za pocztówka z Oleśnicy datowana na 1982 rok?

To jest pamiątka po aplikacji inspektorskiej. Drugiej po utworzeniu Państwowej Inspekcji Pracy w 1981 roku. Gdy po wprowadzeniu stanu wojennego ZOMO zajęło budynek naszej szkoły we Wrocławiu, aplikantów przeniesiono właśnie do Oleśnicy. Zakwaterowano nas w hotelu, gdzie przebiegła cała aplikacja. Kiedyś na spacerze wpadliśmy na pomysł, żeby wysłać do gdańskiego okręgu widokówkę. Wiele lat później ktoś ją znalazł i oddał mi. Dziś, po 36 latach, niemal z łezką w oku wspominam ten czas i ludzi, z którymi zdobywałem inspektorską wiedzę. Grupa była liczna, kilkadziesiąt osób, w tym aż jedenaście z Gdańska. Po zmianie organizacyjnej inspekcja przejęła wielu związkowych inspektorów pracy, ale potrzebowała nowych kadr, głównie prawników, więc w grupie aplikantów większość stanowiły osoby z wykształceniem prawniczym, wśród nich ja.

To była pana pierwsza praca?

Nie, wcześniej pracowałem w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, a później kierowałem kadrami w Urzędzie Przewozu PoczTrudny i wymagający zawód Wywiady Z Krzysztofem Lisowskim, nadinspektorem pracy i wieloletnim zastępcą okręgowego inspektora pracy w Gdańsku, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska.ty. To tam podczas kontroli inspektor pracy Józef Szymczak powiedział mi, że w inspekcji poszukują prawników. Zgłosiłem się więc na rozmowę do szefa gdańskiego okręgu, dr. Leszka Lorbieckiego. Pamiętam, jak, nie przerywając pisania, kazał mi powiedzieć, dlaczego chcę pracować w inspekcji pracy. Tłumaczyłem więc swoje powody, a inspektor wciąż coś pisał, nawet nie spojrzał na mnie. To było deprymujące, więc odetchnąłem z ulgą, gdy powiedział, żebym od ręki napisał podanie o przejście z zakładu do inspekcji pracy, za porozumieniem stron. Podobne uczucie miałem podczas egzaminu kończącego aplikację inspektorską, trwającą od czerwca 1982 roku do marca roku następnego. Odbywał się on w Głównym Inspektoracie Pracy, który mieścił się wówczas w siedzibie związków zawodowych przy ulicy Kopernika w Warszawie. Odpowiedziom abiturientów przysłuchiwał się wtedy okręgowy inspektor pracy, właściwy zdającemu egzamin. To nie ułatwiało i tak trudnego zadania. Przez szefa swojego okręgu też byliśmy więc oceniani.

W komisji egzaminującej był główny inspektor pracy?

Był wtedy jego zastępca Ireneusz Ziółkowski. Z egzaminu zapamiętałem także profesora prawa z Uniwersytetu Wrocławskiego Waleriana Sanetrę. Zadawał bardzo trudne pytania i kilka pierwszych osób poległo na nich. Przyznam, że i mnie zaskoczyło jedno z pytań, które brzmiało tak: „wchodzi pan do pokoju szefa i, witając się z nim, widzi, że tuż nad jego głową wisi przechylony kwiat doniczkowy, który może spaść. Jaki przepis zastosowałby pan?”. Zacząłem się głośno zastanawiać, mówiąc, że w pierwszej kolejności zwróciłbym szefowi uwagę na zagrożenie i… że nie ma takiego przepisu, ale są zasady prawne. Moja odpowiedź wzbudziła uznanie komisji. Z pozytywną notą, legitymacją inspektora pracy, po złożonej przysiędze, która była czymś więcej niż tylko określoną formułką do wyrecytowania, wróciłem do okręgu pełen wiary w to, że mogę zmieniać świat. Szybko przekonałem się jednak, że nawet doskonała znajomość opasłych tomów przepisów, nie zawsze wystarcza, zwłaszcza w zawiłych sprawach, które znajdowały swój epilog na wokandzie sądowej.

À propos, czego dotyczyła sprawa, w której wczoraj był pan w sądzie, reprezentując gdański okręg inspekcji pracy?

Występowałem w charakterze oskarżyciela w sprawie niewypłacenia wynagrodzenia. Postępowanie zostało odroczone. Skojarzyło mi się to z sytuacją z przeszłości, gdy doszło do przedawnienia i pracownik stracił możliwość odzyskania od pracodawcy swoich pieniędzy. W tej sprawie niestety nie spisał się też inspektor pracy. Koniec końców nie udało się wówczas skutecznie pomóc pracownikowi. Takie sytuacje potrafią zniechęcić ludzi, dlatego idąc do sądu, mam z tyłu głowy ów przypadek, którego ceną była nie tylko utrata należności dla pracownika, ale także osłabienie skuteczności inspekcji w jego oczach. Podobny odbiór społeczny może dotyczyć kontroli zakazu pracy w niedzielę. To kolejny obowiązek nałożony na inspekcję pracy przez ustawodawcę. Od początku przepisy o zakazie budziły wiele wątpliwości interpretacyjnych. Jeszcze zanim weszły w życie, w mediach przetoczyła się dyskusja w zasadzie nie o tym, jak stosować to prawo, lecz jak je omijać. To już wróżyło kłopoty. Mówiłem o tym, ilekroć proszono mnie o komentarz w mediach. Efekty wyraźnie widać w orzeczeniach sądowych. I tak np. dla uniknięcia zakazu pracy w handlu i odpowiedzialności z tego tytułu galeria handlowa stała się dworcem PKP. Gdy gdańscy inspektorzy zakwestionowali pracę w niedzielę z zakazem handlu, w jednym przypadku sąd przychylił się do stanowiska pracodawcy, który tłumaczył, że prowadzi przeważającą działalność wykazaną w ustawie, co do której zakaz handlu nie obowiązuje. W niektórych orzeczeniach sądu jedna z sieci franczyzowych stała się punktami pocztowymi, realizując również tę działalność, mimo że nie jest ona przeważającą. W mojej ocenie przyczyną tego są zbyt nieprecyzyjne zapisy prawa, które dają pole do jego różnej interpretacji i tym samym nadużyć. Są zapowiedzi zmiany tej ustawy, które mają wyeliminować luki tworzące pole do zbyt szerokiej i swobodnej interpretacji. Trudno jednak dziwić się rozgoryczeniu niektórych inspektorów pracy. Włożyli dużo wysiłku, wykonując wiele kontroli w dni, które powinny być dla nich wolne od pracy…