WYWIADY NA 100-LECIE

Opiekun inspekcyjnych adeptów

Z nadinspektorem pracy Janem Kaproniem, z Okręgowego Inspektoratu Pracy w Kielcach, kierującym Sekcją Nadzoru i Kontroli, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska.

Czego dotyczyła pana ostatnia kontrola?

Chodziło o zagrożenie na budowie, a ściślej na remontowanym budynku szkoły. Człowiek stał na wysokości około 4 m, na rusztowaniu typu warszawskiego, które było absolutną prowizorką. Z kolegą jechaliśmy na inną kontrolę, gdy zobaczyliśmy ten przyprawiający o dreszcze obrazek. Musieliśmy zareagować. Nie mogliśmy wystraszyć pracownika, bo mógłby spaść, więc najpierw pytaliśmy o szefa, sprawiając wrażenie bardziej poszukujących pracy niż kontrolerów. Dopiero gdy zszedł na dół, przedstawiliśmy się. Tłumaczył, że to była tylko chwilowa sytuacja, bo chciał coś poprawić przy gzymsie. Zarzekał się, że to prowizoryczne rusztowanie zostanie rozebrane, a w jego miejsce postawią właściwe, z którego będzie wykonywana elewacja. Niestety drugie rusztowanie, ustawione obok, również miało wiele niedoróbek, więc pracodawca nie uniknął konsekwencji. Wstrzymaliśmy wszelkie prace, a kierownik został ukarany mandatem; był bardzo zdziwiony, że z tak błahego powodu. Wszystko jednak wskazywało, że od początku w ten sposób wykonywano prace przy tym budynku.

Ma pan poczucie ulgi, gdy udaje się ochronić człowieka?

Taka zbieżność czasu i zdarzeń jest jak zrządzenie losu. Wtedy myślę sobie, że ktoś miał naprawdę szczęście i że przyczyniłem się trochę do tego. Gorzej, gdy inspektorzy pracy pojawiają się na miejscu już po wypadku. Pamiętam, gdy wezwano mnie do takiego zdarzenia przy robotach rozbiórkowych w likwidowanej odlewni. Jedna z firm zgodziła się to zrobić za cenę złomu z tych Opiekun inspekcyjnych adeptów Wywiady na 100-lecie Z nadinspektorem pracy Janem Kaproniem z Okręgowego Inspektoratu Pracy w Kielcach, kierującym Sekcją Nadzoru i Kontroli, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska. prac. To był magazyn wysokiego składowania, liczył około 15 metrów wysokości. Roboty, przy których doszło do upadku, dotyczyły rozbiórki konstrukcji świetlika o wysokości 2,5 m, usytuowanego na dachu hali. Odbywały się poprzez upalanie stalowych elementów, które spadały do środka magazynu. Pracownik wykonujący tę pracę był przypięty środkami ochronnymi do jednego ze słupów konstrukcji świetlika, który niestety nie wytrzymał obciążenia i spadł wraz z człowiekiem do hali magazynowej. Gdy mnie zawiadomiono, szybko przyjechałem na miejsce, bo byłem w pobliżu. Po oględzinach miejsca wypadku wypinałem tego człowieka z szelek bezpieczeństwa, gdyż nikt nie potrafił tego zrobić. Nie żył już wtedy, ale miał otwarte oczy, których nie zapomnę do końca życia. Gdybym miał zdolności plastyczne, to dziś mógłbym go namalować, choć od tego zdarzenia minęło 15 lat.

A jak długo pracuje pan w inspekcji pracy?

W sumie 37 lat, w tym rok przed uzyskaniem uprawnień inspektorskich. Wraz z kolegą skierowano nas do szkoły do Wrocławia, gdzie zastało nas wprowadzenie stanu wojennego. Ośrodek zajęło ZOMO, a my rozjechaliśmy się po okręgach i mieliśmy tam dokończyć naukę na zasadzie samokształcenia pod okiem doświadczonych inspektorów pracy. Egzamin ustny zdawaliśmy w Głównym Inspektoracie Pracy w lutym 1982 roku i wspominam go jako bardzo trudny. Były trzy komisje: prawna, technicznego bezpieczeństwa pracy i ergonomii. Pierwszej z nich przewodniczył Wiesław Kozieł, ówczesny dyrektor Departamentu Prawnego GIP, który pamiętał mnie z rozmów kwalifikacyjnych do pracy w inspekcji. Wprost zapytał, o co chodzi, gdy zobaczył, że startuję z pozycji dyrektora firmy ze znacznie większymi pieniędzmi od tych proponowanych w urzędzie.

O co chodziło?

Pracowałem w Spółdzielni Kółek Rolniczych w pobliżu Kielc i miałem szczerze dość tej pracy. W czasach wszelkich braków, od sznurka do snopowiązałki, akumulatorów i innych części zamiennych do maszyn, po papier toaletowy, kierowanie zakładem było bardzo karkołomnym zadaniem. Trafiłem tam po stażu, który odbywałem w jednym z zakładów Spółdzielni Kółek Rolniczych na Lubelszczyźnie, zaraz po ukończeniu Akademii Rolniczej w Lublinie na Wydziale Mechanizacji Rolnictwa. Niemal natychmiast zostałem tam kierownikiem, mimo że pensję miałem stażową. Wysłano mnie nawet na kurs bhp III stopnia dla kadry zarządzającej. Byłem w grupie 60 dyrektorów, którzy w większości nie mieli zielonego pojęcia o bhp, więc egzamin dla nich to był prawdziwy pogrom. Dla mnie skończył się dobrze. Z komisji egzaminującej zapamiętałem inspektorów pracy z Lublina, którzy byli prawdziwymi znawcami zagadnień bhp. Gdy dowiedziałem się później o możliwości uzyskania pracy wraz z mieszkaniem w podobnym zakładzie na Kielecczyźnie, to przeniosłem się, choć mieszkania, koniec końców, nie otrzymałem. Miałem już wtedy żonę, dwoje dzieci i 28 lat. Zanim zdążyłem się dobrze rozejrzeć po nowej firmie, okazało

się, że jej dyrektor i główna księgowa zostali aresztowani za niegospodarność i zaniedbania, a ja zostałem sam z kierownictwa.

To trudne miał pan początki zawodowe…

Mając obecne doświadczenia, nigdy nie podjąłbym się tej pracy. Wtedy chyba sam nie wiedziałem, z czym się mierzę. Zostałem najpierw zastępcą, a w niedługim czasie dyrektorem wspomnianej spółdzielni, gdzie pracowało 170 osób. Zajmowała się ona usługami dla rolników indywidualnych oraz produkcją rolną na 900 hektarach ziemi w dwóch tysiącach kawałków. Była to ziemia przekazana przez rolników za emerytury i niemal w całości klasy 5 i 6, a więc właściwie nie nadawała się do uprawy. Tylko niewielkie jej fragmenty były wyższej klasy, to jednak ówczesnej władzy nie interesowało. Rozliczano nas z efektów, również w komitecie partii, gdzie trafiały skargi. W sierpniu 1980 r. podczas żniw przeżyłem strajk pracowników, ale dogadałem się z nimi, spełniając postulaty, głównie te płacowe. W zakładzie była także grupa budowlana oraz produkcja trzody chlewnej i bydła rzeźnego. Problemy były tam niekończące się, również z brakiem ludzi do pracy np. przy buhajach. Nikt nie chciał się tym zajmować; zgodziły się dwie kobiety, które zatrudnił ówczesny dyrektor. Była to dla nich praca wzbroniona, co przy kontroli natychmiast stwierdził inspektor pracy i wydał nakaz, a następnie przyjechał, żeby sprawdzić jego wykonanie. Nazywał się Henryk Pastuszka i przepracował w inspekcji wiele lat; przez dłuższy czas pracowałem z nim biurko w biurko.