WYWIADY NA 100-LECIE

Lubię wyzwania

Z Beatą Gołębiewską, starszym inspektorem pracy – specjalistą w Okręgowym Inspektoracie Pracy w Bydgoszczy, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska.

Siatkówka to odskocznia od problemów, z którymi spotyka się pani podczas inspektorskich kontroli?

Sport jest doskonały na stres, a ten niewątpliwie jest wpisany zawód inspektora pracy. Lubię siatkówkę i gram w nią przeszło 40 lat. Zaczynałam jeszcze w podstawówce, w drużynie szkolnej. Mój wzrost eliminował mnie z kariery zawodniczej, ale nie pozbawił przyjemności uprawiania tego sportu rekreacyjnie. Z grupą znajomych w każdą środę, z wyjątkiem wakacji, wynajmujemy salę i gramy pięć setów. Ilekroć to możliwe, biorę również udział w rozgrywkach organizowanych w inspekcji pracy, m.in. w ramach naszej spartakiady we Wrocławiu. Kilkanaście lat temu, jadąc tam, mieliśmy wypadek samochodowy. Pamiętam, jak pomyślałam tylko, że to koniec i… że szkoda. Szczęśliwie jednak wszyscy wyszliśmy cało z tej opresji, choć samochód nadawał się do kasacji. Wtedy na zawodach troje z czwórki ocalałych w wypadku osób, w tym ja, zdobyliśmy złote medale. Podejrzewam, że zadziałała powypadkowa adrenalina. Doświadczenie tzw. drugiej szansy powoduje, że człowiek do wielu spraw podchodzi inaczej. Samochód prowadzę teraz z większą rozwagą i ostrożnością, zawsze zapinam pasy.

A ma pani takie punkty zwrotne w pracy zawodowej?

Takim zwrotem była decyzja o podjęciu pracy w inspekcji. Wcześniej, zaraz po studiach prawniczych, pracowałam najpierw w urzędzie skarbowym w dziale karnym, co sprawiło, że w inspekcji pracy nie miałam już problemu ze stosowaniem tego środka prawnego, a następnie w prywatnej firmie krawieckiej zatrudniającej dwustu pracowników. Właśnie tam jeden z inspektorów pracy, po przeprowadzonym szkoleniu dla pracowników, namówił mnie na przejście do inspekcji pracy. To było w listopadzie 1992 roku, a dwa lata później otrzymałam legitymację inspektorską. Obok kontroli zajmowałam się układami zbiorowymi pracy, zadanie to powierzył mi okręgowy inspektor pracy Edward Zwierzchowski. Początkowo robiłam to niechętnie, ale z czasem bardzo polubiłam tę problematykę i do dziś jest moim konikiem. Treść układu bardzo dobrze odzwierciedla sytuację w zakładzie.

Przypominam sobie szkolenie w naszym wrocławskim ośrodku i ożywienie całej grupy, już nieco znużonej późną porą i niskim ciśnieniem, gdy prowadzący powiedział, że w jednym z zakładów branży górniczej w układzie zastrzeżony był obowiązek postawienia nagrobka i zagwarantowania transportu na pogrzeb pracownika. Pamiętam też, jak nie zgodziłam się na rejestrację układu w jednej z dobrze prosperujących firm, gdzie do stażu zakładowego wliczali służbę wojskową, a urlop wychowawczy nie. Zapytałam, dlaczego jest taki zapis i – ku mojemu i radcy prawnego firmy zdziwieniu – usłyszeliśmy, że to dlatego, że służba wojskowa jest obowiązkiem, a dziecko kobieta chciała urodzić.

To dość kuriozalne tłumaczenie…

I dość zaskakujące, bo podpisywała się pod nim również kadrowa, kobieta i pewnie matka. Na szczęście radca prawny firmy uciął dyskusję, przyznając mi rację i wskazując termin dostarczenia układu uwzględniającego tę zmianę. Zdarzało się, że różne wątpliwości w zapisach układów konsultowałam z profesorem Grzegorzem Goździewiczem z Katedry Prawa Pracy na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, mojej macierzystej uczelni. Z wieloma sytuacjami, o które pytałam, nie spotykał się – jak sam mawiał – w zaciszu profesorskiego gabinetu. W 1996 roku wprowadzono przepis dotyczący zagwarantowania pracownikom w regulaminach wynagradzania zaliczki na wynagrodzenie. Ustawodawca nie wskazał jednak, jakiej wysokości ma to być kwota. Jeden z pracodawców określił ją w zakładowym układzie zbiorowym pracy w wysokości jednego złotego, co nie było złamaniem prawa, ale oczywiście budziło sprzeciw. Chciałam, żeby w tej sprawie wypowiedział się sąd, więc celowo zakwestionowałam ten zapis w regulaminie wynagradzania, jednak zanim sprawa trafiła na wokandę, zmieniono ten przepis, więc sąd nie przyjął żadnego stanowiska. Z profesorem konsultowałam się również, gdy do regulaminów zakładowego funduszu świadczeń socjalnych zaczęto wpisywać obowiązek okazania przez pracownika PIT-u. Twierdził on, że można tego żądać tylko wtedy, gdy jest taki wyraźny zapis we wspomnianym regulaminie. Wśród różnych ta opinia była dla mnie wiążąca.

Mówi się, że ilu prawników, tyle interpretacji prawa. Czy ma to jakieś odzwierciedlenie w pracy inspektora pracy?

Złe i nieprecyzyjne prawo to pole do nadużyć, czasami również dla pracodawców, co naturalnie ma przełożenie na pracę inspektorów. Z naszego punktu widzenia istotne jest jednak, żeby inspektorskie rozstrzygnięcia były takie same w analogicznych sytuacjach i sprawach, w Warszawie, Szczecinie czy Krośnie. Bardzo ważne, by każdy inspektor nadążał za zmianami w przepisach. Doskonałe jest tu świadczenie porad prawnych, od którego zaczynałam swoją pracę w bydgoskim okręgu. Dopiero po dwóch miesiącach pojechałam do szkoły we Wrocławiu. Grupa, z którą robiłam aplikację inspektorską, liczyła 27 osób i poza nauką prowadziła dość intensywne życie towarzyskie. Do późnych godzin zdarzało nam się okupować wrocławską starówkę. Chodziły słuchy, że dozorca ośrodka szkolenia spisywał spóźnialskich, ale konsekwencji żadnych nie było. Potrafiliśmy jednak pogodzić obowiązki i przyjemności, 24 osoby pomyślnie zakończyły kurs trwający rok i cztery miesiące.