WYWIADY NA 100-LECIE

Elita w zawodzie

Z nadinspektorem pracy Jerzym Pasem, kierującym Sekcją Badania Wypadków przy Pracy w Okręgowym Inspektoracie Pracy w Rzeszowie, zastępcą okręgowego inspektora pracy do spraw nadzoru w latach 2009-2014, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska.

Zapytał mnie pan, czy lubię swoją pracę. A pan lubi swoją, panie inspektorze?

Tak, nawet bardzo lubię. Inaczej nie mógłbym tu pracować, i to tak bardzo długo. Do inspekcji pracy, jeszcze związkowej, trafiłem w 1977 roku, więc przepracowałem tu już 41 lat. Nie wiem, czy w Polsce jest jeszcze jakiś inspektor pracy, który ma równie długi staż w tym zawodzie... We wrześniu 1975 roku, zaraz po ukończeniu Politechniki Rzeszowskiej na Wydziale Budownictwa, zacząłem pracę w jednym z zakładów tej branży. Pracowałem tam jako mistrz, gdy któregoś dnia pojawił się inspektor pracy. Miał za zadanie między innymi znaleźć młodego pracownika z wyższym wykształceniem na swoje miejsce, gdyż wyjeżdżał na kontrakt do Libii. Zaproponował mi to, więc udałem się do Warszawy, do Centralnej Rady Związków Zawodowych, na rozmowę z głównym inspektorem pracy. Przed wyjazdem uczulano mnie, by zwracać się do niego per towarzyszu. Na miejscu jednak o tym zapomniałem i mówiłem do mojego ewentualnego pracodawcy „proszę pana”. Ten epizod zapadł mi w pamięć, bo po wyjściu z rozmowy bałem się, że ta gafa może mnie dużo kosztować. Na szczęście stało się inaczej i po krótkim, tygodniowym stażu pojechałem na kurs inspektorski do Wrocławia. Dyrektorem był tam Wacław Guzek, a szkoła nosiła wówczas imię Wilhelma Piecka, niemieckiego działacza komunistycznego.

A kto był wówczas pana opiekunem i mentorem?

Józef Bogacki, długoletni inspektor pracy w branży budowlanej z Rzeszowa. To był fachowiec przez duże F. Potrafił nie tylko nauczyć i doradzić, ale jednocześnie próbował mnie usamodzielniać. Wprowadzał do firmy, w której pozostawałem, zaczynając czynności od zapoznania się z dokumentacją; a on sam jechał wtedy na kolejną kontrolę. Wcześniej był kierownikiem kopalni węgla w Grudnej Dolnej, w powiecie dębickim na Podkarpaciu. Obecnie mało kto wie o istnieniu tej starej przedwojennej kopalni należącej do rodziny Sanguszków. Po jej zamknięciu Bogacki był inspektorem bhp w jednym z zakładów budowlanych, więc miał bardzo dobre przygotowanie do pracy inspekcyjnej w tej branży. Ja, po ukończeniu kursu, od razu zostałem inspektorem pracy, nie tak jak dziś podinspektorem czy młodszym inspektorem pracy. Trafiłem do zespołu budownictwa, którym kierował właśnie inspektor Bogacki. Mieliśmy bardzo rozległy teren do kontroli. Od Zakopanego do Przemyśla i Sandomierza.

A jak zorganizowana była związkowa inspekcja pracy?

Podlegaliśmy pod kierownika oddziału Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Budowlanego i Materiałów Budowlanych. W Warszawie był Zarząd Główny tego związku, który z kolei podlegał pod Centralną Radę Związków Zawodowych, zrzeszającą wszystkie branże. Tak wyglądała podległość w sensie merytorycznym, bo organizacyjnie podlegaliśmy Wojewódzkim Radom Związków Zawodowych oraz okręgowemu inspektorowi pracy. Funkcję tę pełnił wówczas Józef Zając, który pozostał na tym stanowisku, gdy w 1981 roku związkowa inspekcja pracy została przekształcona w Państwową Inspekcję Pracy. To był mój pierwszy okręgowy inspektor pracy.

Gdy wspomina pan te czasy, który z kolegów inspektorów przychodzi panu na myśl?

Pamiętam większość nazwisk kolegów z branży budowlanej, również nazwiska kierownictwa Zarządu Głównego w Warszawie, Zbigniewa Wolańskiego z zastępcą Henrykiem Borowskim. W stolicy odbywały się wtedy, co najmniej dwa razy do roku, spotkania inspektorów pracy branży budowlanej. Omawiana była wówczas bieżąca działalność, zadania itp. Powszechne były w tamtym okresie tzw. zbiorowe kontrole, kiedy inspektorzy branży budowlanej byli kierowani na kontrole firm budowlanych na terenie całego kraju. Pamiętam, że byłem na takiej kontroli w Gdańsku, gdy budowano Port Północny. Uczestniczyłem także przez tydzień w zbiorowej kontroli w Bydgoszczy, w Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Budowlanych, gdzie przypominam sobie inspektora Bronisława Fedejko, którego wcześniej poznałem jako wykładowcę zagadnień budownictwa na kursie we Wrocławiu. To były duże i trudne kontrole, bo takie były też firmy, w których zatrudniano często po kilka tysięcy pracowników, a działalność utrudniał permanentny brak materiałów, sprzętu, energii elektrycznej. To były codzienne sytuacje. Przypominam sobie, jak beton do elementów konstrukcyjnych zamawiano z tygodniowym wyprzedzeniem, więc opowieści, że w Niemczech dowożą go na określoną godzinę, traktowaliśmy jak bajki. Pamiętam również budowy prowadzone mroźną zimą, gdzie w celu przyspieszenia wiązania betonu dostarczano specjalne kotły EW6, pod którymi dozorca utrzymywał stałą temperaturę. Zaraz po zakończeniu takich zbiorowych kontroli wszyscy spotykaliśmy się na wspomnianej naradzie; one były bardzo twórcze i efektywne.

Trudność tych kontroli dotyczyła chyba też samego ich organizowania?

Wiele razy musiałem wstawać o trzeciej lub czwartej rano, żeby z kilkoma przesiadkami pokonać dystans stu kilkudziesięciu kilometrów, np. do Szczucina koło Tarnowa, gdzie był Zakład Wyrobów Azbestowo-Cementowych. Miałem już wówczas swój samochód, ale był on zbyt drogi, żeby można go było wykorzystywać do dojazdów w pracy. Korzystaliśmy z pociągów, autobusów, również z autostopu, gdzie nierzadko podróżowałem na tzw. pace. Gdy po kilku godzinach docierałem na miejsce, to zwykle pozostawało już tylko szukanie noclegu. Do tego dochodziły problemy z kupieniem jedzenia. Najgorzej było w stanie wojennym. Przez pewien czas mogliśmy korzystać z kasyn wojskowo-milicyjnych, ale one nie wszędzie były. Pamiętam, że w momencie wprowadzenia stanu wojennego przez ponad miesiąc nie prowadziliśmy kontroli. Wtedy mieliśmy swoją siedzibę w domu kolejarza w Rzeszowie, gdzie znajdowała się również siedziba zarządu Związku Zawodowego „Solidarność”. Gdy 13 grudnia 1981 roku zamknięto ten obiekt, przenieśliśmy się do budynku Związku Zawodowego Pracowników Budownictwa.