WYWIADY NA 100-LECIE

Kupiony z przemysłu

Z Tadeuszem Malinowskim, emerytowanym starszym inspektorem pracy– głównym specjalistą, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska

Inspektorki pracy, którym swego czasu szefował pan w warszawskim okręgu, prosiły, żeby pana serdecznie pozdrowić. Powiedziały, że zawsze stał pan murem za swoimi pracownikami.

Dobry szef zawsze powinien bronić swoich pracowników. Trzymać ich stronę, aż do czasu wyjaśnienia sprawy. To szczególnie ważne w naszym zawodzie, gdzie zasadą są jednoosobowe kontrole, które nie sprzyjają transparentności sytuacji i mogą sprawić wiele kłopotów. Wystarczy na chwilę zostawić swoje rzeczy, by zostać posądzonym o wzięcie łapówki. Jeden z kolegów miał z tego powodu sprawę prokuratorską, został zawieszony w obowiązkach inspektora pracy. Odszedł z inspekcji, zanim oczyszczono go z zarzutów. Niedawno go spotkałem, wciąż rozgoryczony wraca do tej niezwykle trudnej sytuacji. To tylko potwierdza moje przekonanie, że trzeba i warto obdarzać pracownika zaufaniem, bo to działa w obie strony. Tym bardziej miło mi więc, że w taki sposób zostałem zapamiętany przez koleżanki. To budujące uczucie, szczególnie teraz, gdy po 34 latach pracy w inspekcji odchodzę na emeryturę.

To chyba jednocześnie trudne uczucie?

Jeszcze tego nie wiem. Dla mnie najważniejsze jest to, że pozamykałem wszystkie sprawy, kontrole, skargi. Nikt nie będzie musiał do nich wracać, przynajmniej teraz. Oczywiście przez lata człowiek zżywa się ze środowiskiem, w którym pracuje. Nigdy nie ograniczałem tych relacji tylko do spraw zawodowych. Działałem w związkach zawodowych i nadal chcę to robić, więc wciąż będę miał kontakt z ludźmi i z tym, co dzieje się w urzędzie. Będę jednak na to patrzył z zupełnie innej perspektywy, nie obciążony jakimikolwiek zależnościami zawodowymi. Myślę, że to będzie ciekawe doświadczenie. W końcu będę miał też czas dla rodziny, dla wnuków – trzyletnich bliźniaków. Są wyjątkowo żywiołowymi dziećmi, czego efekty widać na ścianach naszego mieszkania, które czeka generalny remont. Na nudę raczej nie będę narzekać.

Słyszałam, że do inspekcji pracy został pan „kupiony” z przemysłu?

Fachowca najłatwiej znaleźć tam, gdzie pracuje, dlatego kiedyś głównie w ten sposób pozyskiwano ich do pracy w inspekcji.

Zanim ja do niej trafiłem, pracowałem dwa lata w Zakładach Radiowych w Warszawie jako ślusarz narzędziowy, a przez dekadę w Zakładach Telewizyjnych na Matuszewskiej na różnych stanowiskach, jako technolog warsztatowy, mistrz zmianowy i kierownik dużego wydziału mechanicznego. To tam zetknąłem się po raz pierwszy z inspektorem pracy, który przyszedł na kontrolę w związku ze śmiertelnym wypadkiem przy pracy. Operator wózka źle najechał na rampę i wózek przewrócił się, przygniatając człowieka. To był jego błąd, bo wszystkie wymagania formalnoprawne zostały spełnione. Prokuratorumorzył postępowanie. Moje obawy związane z odpowiedzialnością za pracowników pozostały. Jako mistrz zmianowy czy szef wydziału odpowiadałem praktycznie za wszystko. W zakładzie było wiele maszyn, a więc dużo zagrożeń i uwag inspektora, z którymi nie zgadzałem się i twardo broniłem swoich racji. Kontrolę zapamiętałem jako dość burzliwą, z zaskakującym zakończeniem, zaproszono mnie bowiem na rozmowę w sprawie pracy w inspekcji.

Rozmowę? Niektórzy inspektorzy wspominają tę rekrutacyjną wizytę w Głównym Inspektoracie Pracy jako niełatwy egzamin…

Ja zapamiętałem ją jako luźną rozmowę, oczywiście na tematy stricte techniczne, np. o połączeniu przegubu przy konkretnej maszynie. Natychmiast zorientowałem się, że po drugiej stronie stołu nie siedzą laicy. To był 1984 rok, głównym inspektorem pracy był Jan Kowalski. Po przyjęciu do pracy przez miesiąc zapoznawałem się z procedurami w urzędzie, obiegiem dokumentów, a później przez pół roku byłem na aplikacji we Wrocławiu. To nie był łatwy czas, tak ze względu na sytuację rodzinną, bo w domu została żona z małym dzieckiem, jak i na samą aplikację, która była trudna. Egzamin państwowy był wieloetapowy, tak jak dziś. Pamiętam, że były osoby, które nie przeszły go pomyślnie. Dodatkowo obciążało poczucie, że oblanie byłoby kompromitacją i dyshonorem. Odreagowywaliśmy ten czas w różny sposób. Ja kiedyś założyłem się z kolegami i wszedłem na największy dąb w ośrodku. Z zejściem jednak nie mogłem sobie poradzić…

A jak zapamiętał pan swoją pierwszą samodzielną kontrolę?

Jak szkołę życia w tym zawodzie. Zaraz po inspektorskiej aplikacji zastępca okręgowego inspektora pracy Bernard Tryc zawiózł mnie do Elektrociepłowni Siekierki. Poszedł razem ze mną do dyrektora zakładu, któremu oświadczył, wskazując na mnie, że ten oto młody adept sztuki inspektorskiej będzie prowadził przez trzy tygodnie kompleksową kontrolę zakładu i należy udostępnić mu wszelkie dokumenty. Jako inżynier mechanik kompletnie nie znałem się na dużej energetyce, więc musiałem przestudiować wiele przepisów i dokumentów, żeby w ogóle przeprowadzić tę kontrolę. To było jak rzucenie na głęboką wodę nieumiejącego pływać. Czułem się jednak asekurowany, gdy przełożony i absolutny fachowiec w branży energetycznej co jakiś czas pytał, czy nie mam jakichś problemów. Takie poczucie wsparcia było bardzo ważne, bo wiedziałem, że zawsze mogę o coś zapytać, poprosić o wyjaśnienie. Starłem się tego nie robić ze względów ambicjonalnych. Samodzielnie chciałem dojść do konkluzji kontroli, napisać protokół.