WYWIADY NA 100-LECIE

Służba z powołania

Z Franciszkiem Kocańdą, nadinspektorem pracy w Okręgowym Inspektoracie Pracy w Krakowie, Oddział w Nowym Sączu, rozmawia Beata Pietruszka-Śliwińska.

Słyszałam, że jest pan najlepszym prawnikiem wśród inspektorów pracy inżynierów.

Też tak słyszałem. To zasługa moich pierwszych nauczycieli podczas kursu inspektorskiego w naszym wrocławskim ośrodku, ale też – przyznam nieskromnie – mojej własnej pracy, zagłębiania się w tę niełatwą dziedzinę. Jeśli chodzi o szkolenie, to do dziś wspominam znakomitych wykładowców Antoninę Wojnarowską i Władysława Żernika, którzy potrafili mówić o przepisach prawa pracy w sposób bardzo przystępny dla inżynierów. Zaprocentowało to podczas egzaminu inspektorskiego. W okresie związkowej inspekcji pracy był on czymś w rodzaju obrony z przeprowadzonych czynności kontrolnych. Podczas kursu dotyczyły one zakładów z terenu okręgu wrocławskiego, gdzie mnie przypadł w udziale na przykład urząd pocztowy. Bezbłędnie napisałem protokół pokontrolny, co wcześniej docenił opiekujący się nami inspektor, stwierdzając też, że w ten sposób ma zaliczoną kontrolę, choć nawet palcem nie kiwnął. Egzamin zdałem z wyróżnieniem, mimo podchwytliwego pytania o tabliczkę znamionową przy maszynie. A jeśli chodzi o moją wiedzę prawniczą, to szybko zweryfikowało ją życie, gdy polecono mi stworzyć Oddział w Nowym Sączu. Byłem tam wówczas sam, więc udzielałem również porad prawnych. Prezentowały chyba dobry poziom, bo wiele osób wracało do mnie nawet wtedy, gdy miałem już do pomocy prawników.

Zdarzało się panu polemizować z nimi?

Tak, ale zawsze na argumenty. Pamiętam sytuację, gdy pracodawca odwołał się od mojej pokontrolnej decyzji do okręgowego inspektora pracy. Ten zdecydował o ponownym zbadaniu sprawy. Wówczas istniała praktyka, że inspektorzy nie wydawali już w takiej sytuacji ponownie środków prawnych. Nie zgadzałem się z takim podejściem. Dla inspekcyjnych prawników ostatecznym argumentem w dyskusji ze mną było to, że nie jestem prawnikiem, lecz inżynierem mechanikiem. Już wkrótce okazało się jednak, że to ja miałem rację. Do okręgu trafiło bowiem zarządzenie z Głównego Inspektoratu Pracy dotyczące konieczności wydawania powtórnych decyzji.

Dociekliwość i konsekwencja to podstawa w zawodzie inspektora pracy?

Obok wiedzy i opanowania. Bardzo ważne jest, żeby nie dać się sprowokować pracodawcy. Niegdyś, jeszcze za związkowej inspekcji pracy, inspektor cieszył się poważaniem. Pamiętam inspektora branży spółdzielczej Jerzego Kulczyckiego. Gdy pojawiał się swoją multiplą na terenie któregoś z nowosądeckich zakładów, to wszyscy stawali tam na baczność. Nigdy nie podnosił głosu, ale był bardzo stanowczy. Wszyscy go słuchali, nikt nawet nie śmiał przerwać. Obecnie stosunek pracodawców do inspektorów pracy jest zupełnie inny, dlatego trzeba zachowywać dystans i nie dać się ponieść emocjom.

Pamiętam kontrolę, gdzie przewozami miejskimi w Krynicy Górskiej zajmowało się dwóch braci, którzy mieli swoje firmy. Początkowo przy kontroli obecny był jeden z pracodawców, po czym pojawił się drugi, który nie nie wierzył, że jestem inspektorem pracy. Agresywny, potężny mężczyzna, od którego czuć było alkohol, wezwał policję, zanim ja zdążyłem to zrobić. Wylegitymowano mnie i chciano zabrać na komisariat, więc sytuacja była naprawdę stresująca. Gdy się wyjaśniła, konsekwencje poniósł napastliwy pracodawca. W efekcie zgłoszenia do prokuratury przez okręgowego inspektora pracy i postępowania sądowego został skazany na półtora roku pozbawienia wolności w zawieszeniu.

Tak wyobrażał pan sobie tę pracę, gdy trafił do inspekcji?

W ogóle sobie nie wyobrażałem, bo wiedziałem, na czym polega zajęcie inspektorów pracy. Dziesięć lat pracowałem w spółdzielni inwalidów w Nowym Sączu, najpierw jako szef produkcji, później jako główny mechanik, a przez pewien czas jako członek zarządu. Nieraz miałem okazję spotkać inspektorów pracy, gdy kontrolowali zakład. Wiedziałem, że są znakomitymi fachowcami. Pracę w inspekcji, wówczas jeszcze związkowej, zaproponowała mi przewodnicząca Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych. Znała mnie, ponieważ wcześniej pracowaliśmy razem we wspomnianej spółdzielni. To był rok 1975. Pojechałem do Warszawy na rozmowę, a dwa tygodnie później do Wrocławia na kurs inspektorski, który trwał trzy miesiące. Zostałem wówczas jednym z wojewódzkich inspektorów pracy, którzy nie kontrolowali zakładów, a wizytowali je. Było to coś w rodzaju działań prewencyjnych, dzięki nim także udawało się wiele zrobić, pomóc. Przypominam sobie na przykład, jak w jednym z nowosądeckich zakładów, w ośrodku transportu leśnego, po spotkaniu ze związkami zawodowymi i społeczną inspekcją pracy, dowiedziałem się, że nie płacą tam za nadgodziny. Poprosiłem przewodniczącą WRZZ w Nowym Sączu, żeby te informacje przekazała do Głównego Inspektoratu Pracy. Przygotowałem stosowne pismo, które trafiło do ówczesnego głównego inspektora pracy Henryka Kowalskiego.

Udało się odzyskać pieniądze dla pracowników?

Owszem, choć było to przeze mnie okupione dużym stresem. Zostałem bowiem wezwany do Warszawy do głównego inspektora pracy. Jeszcze przed wejściem usłyszałem, że szef jest na mnie wściekły. Uprzedzano mnie więc, by nie odzywać się, gdy będzie mówił, bo od razu mnie wyrzuci. Do dziś pamiętam to uczucie, jak szedłem do gabinetu. Był tam również szef branży leśników Jerzy Wroński.